Zimowe Podlasie cz. 2.

Co ciekawego na Podlasiu? Supraśl

Podlaskich zachwytów ciąg dalszy…

Jestem świeżo po lekturze książki Wojciecha Załęskiego „Spacerem po Supraślu”, którą wyszperałam w poznańskim antykwariacie. Chciałabym zobaczyć wszystko na raz. Wyruszam na zimowy spacer, kierując się do pałacu Buchholza.

Ale zanim tam dojdę co krok zatrzymują mnie uroki prawdziwej zimy 🙂

 

Pałac Buchholza na pierwszy rzut oka przypomina pałacyki stawiane przez łódzkich przemysłowców. I jest w tym sporo racji, bo gdyby nie ambicje młodego przemysłowca i miłość do ukochanej, pewnie nigdy by nie powstał.

 

Dworek został wybudowany przez Wilhelma  Zacherta, odkupiony przez Adolfa Buchholza seniora. Jego syn, również Adolf zapragnął żeniaczki i swoje uczucia skierował w stronę Adeli Marii Scheibler – córki łódzkich potentatów włókienniczych. Na swoje szczęście, a może nieszczęście zaprosił do Supraśla przyszłą teściową. Nie zaimponował jej skromny dworek i jak głosi miejscowa legenda, po zakończonych oględzinach tupnęła nogą i ze złością wykrzyknęła, że „moja Adelka w takiej borsuczej norze mieszkać nie będzie”. Zakochany Buchholz wziął sobie do serca słowa przyszłej teściowej i w latach 1892-1903 wybudował pałacyk godny ukochanej Adelki. Nie szczędził grosza i wyposażył nowe lokum we wszelkie dostępne nowinki techniczne. Było więc centralne ogrzewanie, winda, łazienki…

Buchholz nie cieszył się długo małżeńską sielanką. I znów jak głosi miejscowa wieść, jeden z robotników, którego zwolnił za nieterminowe wykonanie pracy, rzucił na niego klątwę. Rok później poniosły go konie, które wywróciły powóz, a poniesione w wypadku obrażenia okazały się śmiertelne.

Dworek totalnie zdewastowali czerwonoarmiści najpierw w 1939 r., a potem w 1945 r. , wyrzucając do rzeki zdemontowane rury od centralnego ogrzewania, a w wyłożonej glazurą piwnicy urządzili basen dla oficerów. Obecnie w pięknie wyremontowanym pałacu Buchholzów ma siedzibę Liceum Plastyczne im. A. Grottgera.

Pod wpływem lektury bardzo chciałam zobaczyć wnętrze, chciałabym też móc przyjechać tu z wycieczką. Wchodzę do budynku, otrzepuję buty ze śniegu i od razu zostaję zatrzymana w holu przez starszą pani z mopem w ręku.
– pani w sprawie? – pyta krótko i rzeczowo.

Tłumaczę więc cel mojej wizyty. Słucha z uwagą wsparta na kiju od mopa, nie spuszczając ze mnie wzroku.

– da się załatwić – odpowiada równie krótko i rzeczowo.

A następnie prowadzi mnie na pokoje tłumacząc po drodze jak zorganizować zwiedzanie szkoły. Po raz pierwszy widzę piękne, secesyjne wnętrza, pamiętające czasy Buchholzów. Wnętrza, które też od czasu do czasu pojawiają się w filmowych serialach (Blondynka, U Pana Boga za piecem…).

Kiedy wychodzę ze szkoły, ze zdziwieniem spoglądam na dziewczęta maszerujące z nartami pod pachą. Widząc moje zdziwienie – pani od mopa wyjaśnia – śnieg spadł, to na wf idą… To w końcu zupełnie normalne (!).

Niespiesznie idę w stronę urzędu, który jeszcze do niedawna pełnił funkcję szkoły. W 1995 roku nastąpiło uroczyste przekazanie budynku miastu przez Józefa Zacherta. Kiedy Józefina Zachert wybudowała szkołę, zastrzegła w testamencie, że dopóki ta będzie pełniła funkcje edukacyjne, dopóty będzie należała do miasta. W przeciwnym razie przejdzie na własność spadkobierców. Ponieważ wybudowano nową, dużą szkołę, stary budynek został oficjalnie przekazany na potrzeby miasta i ulokowano w nim Urząd Miasta i Gminy.

Odwiedzam Wydział Promocji, choć trafić tam nie było łatwo. W informacji pani mówi, że mam się udać na piętro, a następnie w prawo, w lewo, do sali obrad i tam w drzwi za flagą. Nie spodziewałam się, że określenie „drzwi za flagą” będzie tak dosłowne 🙂 Drzwi faktycznie kryły się za potężnym sztandarem 🙂 Materiały promocyjne i życzliwość pracowników byłyby w stanie zaspokoić najbardziej wymagające gusta.

Kolejnym zachwytem tego wyjazdu był Teatr Wierszalin.

Teatr amatorski, bardzo utytułowany, który stał się prawdziwą wizytówką i ambasadorem Podlasia. Ze swoimi spektaklami jeździ po świecie, przywożąc coraz to nowe nagrody. W repertuarze ma spektakle autorskie, osadzone w podlaskiej historii, obyczajowości, zwyczajach.

Korzystam z okazji, że w tym czasie akurat wystawiany jest tytułowy spektakl „Wierszalin. Reportaż o końcu świata”. Przeczytałam wcześniej reportaż Włodzimierza Pawluczuka pt. Wierszalin. Reportaż o końcu świata. 30 lat później”. Przygotowana merytoryczne udałam się do teatru. Maleńka sala, może na 50 osób, ale wszystkie miejsca są zajęte. Dobrze, że bilet kupiłam wcześniej przez Internet. Nie jestem znawcą teatru, ale to przedstawienie zrobiło na mnie duże wrażenie. Wierszalin to opowieść o autentycznych wydarzeniach, jakie miały miejsce na Podlasiu w latach 20-30/XX w. Kiedy miejscowa ludność powróciła do swoich domostw po piekle bieżeństwa, stary świat, który był ich światem,  legł w gruzach. Był to doskonały moment na pojawienie się fałszywych proroków i samozwańczych carów. I o tym właśnie jest ta opowieść, która toczy się w niemal czarno-biało-szarej scenerii. Opowieść, która zachodzi za skórę i długo jeszcze pozostaje w pamięci. Do tego scena, która niemal zlewa się z widownią sprawia, że aktorzy są na wyciągnięcie ręki. Widz staje się uczestnikiem tego, co dzieje się na scenie.

Jakiś czas później przyjechałam na to samo przedstawienie z grupą wycieczkową. Wrażenie jakie przedstawienie zrobiło na uczestnikach było piorunujące. Po zakończeniu spektaklu najpierw cisza jak makiem zasiał, a potem burza niekończących się oklasków. W autokarze w drodze powrotnej panowała absolutna cisza. To spektakl obok którego nie można przejść obojętnie.

I drugi teatralny zachwyt to Piwnica Lalek przy Białostockim Teatrze Lalek.

Nie planowałam wizyty w tym teatrze, ale tak się wszystko poskładało, że mogłam wejść na przedstawienie niemalże z marszu. A że z obliczeń i rozkładu jazdy wynikało, że zdążę na autobus do Supraśla, decyzja zapadła szybko. Przynętą była informacja o działającej tu Piwnicy Lalek. Utytułowany, działający od ponad pięćdziesięciu lat Białostocki Teatr Lalek posiadał w swoich magazynach nieprzebrane ilości lalek – aktorów. Do każdego przedstawienia inne. Pacynki, marionetki, kukiełki. Żal było to wszystko trzymać w ukryciu i ktoś wpadł na genialny pomysł, aby dać lalkom drugie życie, a właściwie taki dom spokojnej … lalki. Zaaranżowano więc w budynku teatru dwa pomieszczenia, gdzie przysiedli bohaterowie niezliczonych teatralnych opowieści. A że lubią publiczność (jak każdy dobry aktor), to przeżywają tu na nowo swoje role, widząc zachwyt na twarzach dzieci i dorosłych odwiedzających to miejsce.

Bilet do Piwnicy Lalek można nabyć tylko z biletem na przedstawienie. Dziś nie pamiętam już jaki spektakl wtedy obejrzałam. Ale jak widać większe wrażenie zrobiła na mnie Piwnica Lalek.

 

0 Komentarze

Skomentuj artykuł