Zimowe Podlasie cz. 1.

Co ciekawego na Podlasiu? Supraśl

Zimowy wyjazd na Podlasie – pomysł pozornie wydawał się szalony, a jednak doszedł do skutku!

I choć odbył się w 2014 r., to jednak warto o nim wspomnieć.

Moja fascynacja Podlasiem rozpoczęła się w 2012 roku od zupełnie przypadkowego wyjazdu. Ponieważ nie wierzę w przypadki, myślę, że było to przeznaczenie :). Po raz pierwszy spotkałam się wtedy tak blisko z prawosławiem, usłyszałam też o Święcie Jordanu. No i musiałam (!) je zobaczyć na własne oczy. Mój wybór padł na klasztor bazylianów w Supraślu.

Był to czas, kiedy jeszcze w Polsce jeździły czerwone autobusy z logo PolskiBus. Wykorzystałam, a raczej upolowałam okazję i kupiłam bilety z Poznania do Białegostoku i z powrotem, z przesiadką w Warszawie za całe 8 zł(!). Sam fakt podróży za 8 zł zwiastował niezwykłą wyprawę 🙂

Wyjazd z Poznania o północy. Z Poznania szarego, mglistego, mżącego, z temperaturą plus dwa. Przesiadka w Warszawie Młociny, gdzie ciągle jeszcze ciemno, ale zaczął padać śnieg. Usnęłam w autobusie, a kiedy się obudziłam byłam w zupełnie innej rzeczywistości. Jechaliśmy akurat przez las. Wysokie sosny po obu stronach drogi, zasypane śniegiem, który cały czas padał…

Wizytę w zaśnieżonym Białymstoku zaczynam od biblioteki. Gdzie, jak nie tutaj znajdę duży wybór książek regionalnych? Odkrywam coraz to nowe zagadnienia, które z każdym przeczytanym zdaniem stają się coraz ciekawsze. Lista książek do wypożyczenia jest coraz dłuższa, a decyzja, które wziąć, a które zostawić coraz trudniejsza.

Ssanie w żołądku staje coraz dotkliwsze i za radą przyjaznych bibliotekarzy kieruję się do baru Podlasie. Jeszcze nie wiem, że to będzie moje ulubione miejsce na gastronomicznej mapie Białegostoku. Śnieg cały czas pada, Białystok coraz bardziej otulony śnieżną kołderką, jeszcze ciągle ze świątecznymi iluminacjami wygląda zjawiskowo.

Lista dań jest długa. Stawiam na regionalia i wybieram kartacze i coś co wygląda jak racuszki ze śmietaną. Okazuje się, że w jadłospisie to cudo widnieje jako serniczki. Zjadam dwa kartacze i jestem pełna, a przede mną jeszcze serniczki! Głęboki oddech, pierwszy kęs i … są absolutnie doskonałe 🙂 Od tej chwili będę miała zawsze dylemat: kartacze czy serniczki? I o ile kartacze są poza zasięgiem moich kulinarnych umiejętności, to serniczki wprowadzam od razu do rodzinnego jadłospisu.

Przepis na serniczki

75 dkg twarogu w kostce (przekręcić przez maszynkę do mielenia)
45 dkg ziemniaków (ugotować w osolonej wodzie i również przekręcić przez maszynkę)
1 jajko
1 szklanka mąki pszennej
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
sól, śmietana i owoce sezonowe jako dodatek, tłuszcz do smażenia

Połączyć ze sobą zmielony ser i ziemniaki, dodać pozostałe składniki. Można masę delikatnie osolić. Uformować płaskie placuszki (jak racuchy) i smażyć na oleju. Podawać z gęstą, kwaśną śmietaną, cukrem, mogą być posypane sezonowymi owocami.
Można użyć również gotowego zmielonego sera, ale lepsze wychodzą z tradycyjnego twarogu.

 

Jadę do Supraśla, gdzie wynajęłam pokój w jednym z licznych gospodarstw agroturystycznych. Odkryłam też doskonałego lokalnego przewoźnika jakim jest Voyager Trans. To małe mikrobusy, które bardzo sprawnie łączą poszczególne miasta na Podlasiu. Niedrogi bilet, przyjazny rozkład jazdy i krótki czas przejazdu sprawiają, że jest on dobrą alternatywą dla tradycyjnego PKS-u.

Kolejnego dnia Supraśl wita pięknym błękitem nieba i zdecydowanie niższą temperaturą.

19 stycznia – Święto Jordanu, to kulminacyjny punkt wyjazdu.

Święto Objawienia Pańskiego, zwane potocznie Świętem Trzech Króli w kościele rzymsko-katolickim wypada 6 stycznia. Ze względu na przesunięcie kalendarza (cerkiew prawosławna posługuje się kalendarzem juliańskim), to samo święto w liturgii prawosławnej wypada 19 stycznia i jest nazywane Świętem Jordanu. Jest to jedno z dwunastu wielkich świąt w kościele prawosławnym, w czasie którego sprawowana jest wieczernia i liturgia święta, po której wyrusza procesja na brzeg rzeki. Jeśli rzeka jest zamarznięta, to wycina się przerębel w kształcie krzyża, aby w czasie święcenia wody zanurzyć w nim trzykrotnie krzyż. Po zakończonym nabożeństwie wierni zabierają do domów poświęconą wodę.

Tyle mniej więcej przeczytałam przed przyjazdem do Supraśla i  byłam bardzo ciekawa, jak będzie wyglądał cały obrzęd na żywo.

Był to chyba mój pierwszy udział w prawosławnym nabożeństwie. Chciałam jak najwięcej zobaczyć, poczuć to święto od środka, ale w tym celu musiałam wtopić się w tłum i zachowywać tak jak wszyscy. A nie było to łatwe. Zajęłam strategiczne miejsce i czekałam na rozwój wypadków.

Na środku cerkwi stoi na specjalnym podwyższeniu ikona dnia. Wierni wchodząc do świątyni całują obraz, wykonują znak krzyża i kłaniają się. Zdarza się, że również w czasie sprawowania liturgii podchodzą do ikony. Sprawia to trochę wrażenie chaosu, ale widać, że to taki zwyczaj i nikomu to nie przeszkadza. Nieustanne poczucie ruchu, bo ile razy w czasie liturgii wymienia się którąkolwiek z postaci Trójcy Świętej, wszyscy wierni wykonują znak krzyża oraz pokłon. Nie chcę się wyróżniać i staram się nadążyć, ale przychodzi mi to z trudem, zwłaszcza, że nie zawsze udaje mi się wysłyszeć w tekstach liturgicznych święte imiona. Bogate, barwne, ciężkie od zdobień stroje zakonników. Liturgia w języku starocerkiewnosłowiańskim. Piękny śpiew, zapach dużej ilości kadzidła. Nie sposób wymienić wszystkiego…

Liturgia dobiega końca i na zewnątrz cerkwi formuje się procesja, która zdąża do studzienki na klasztornym dziedzińcu.

Tutaj odbywa się druga się część liturgii. Siarczysty mróz i silny wiatr coraz bardziej dają się we znaki. W końcu procesja udaje się nad zalew na Supraśli. Tam już czeka wycięty wcześniej w lodzie przerębel w kształcie krzyża. Jego krawędzie ładnie obłożone gałązkami świerku.

I tu zakończenie uroczystości. Poświęcenie wody, zanurzenie krzyża… Na zakończenie wierni zabierają do domów gałązki świerku, które okalały przerębel, zupełnie jak po procesji Bożego Ciała zabiera się gałązki brzozy, którymi przystrojone są poszczególne ołtarze. Całość trwała bagatela – 3 godziny!

Po uroczystościach wierni zabierają do domów również poświęconą wodę z klasztornej studzienki. Wody musi starczyć na cały rok, a więc zabierają jeden, czasem dwa 5-litrowe baniaki wody. Bo święcona woda w prawosławnym domu jest używana często.

Chociaż przemarznięta do szpiku kości, ale postanawiam udać się na ciąg dalszy zimowego odkrywania Podlasia. Chcę zobaczyć drewnianą, niebieską cerkiew w Wasilkowie i wzgórze krzyży w Świętej Wodzie.

Jadę więc znów busikiem Voyagera kilka przystanków i wysiadam „gdzieś w polu” na przystanku Nowodworce. Szczelniej otulam się szalikiem i maszeruję drogą wśród zasypanych śniegiem pól. Słońce świeci, niebo jak w Madrycie, tylko wiatr jakby nie hiszpański.

Nagle, przecieram oczy ze zdumienia… Poboczem drogi biegnie kobieta, za chwilę druga… w strojach kąpielowych! Zrobiło mi się jeszcze bardziej zimno 🙂 Po kilku krokach sprawa się wyjaśnia. Dochodzę do mostku nad rzeką Supraśl, gdzie właśnie miejscowe morsy zażywają kąpieli. I do dzisiaj nie wiem, czy ta kąpiel miała coś wspólnego ze Świętem Jordanu, czy po prostu przyszli się wykąpać. Przez chwilę nie mogę oderwać od nich wzroku, ale w końcu popychana przeszywającym wiatrem maszeruję dalej.

Po drodze mijam miasteczko, z jakże tu obecną wielokulturowością. Cerkiew i kawałek dalej kościół. I wszyscy żyją w zgodzie.

Docieram wreszcie na Górę Krzyży w sanktuarium Święta Woda w Wasilkowie.

Sanktuarium od kilku lat przeżywa swój renesans, choć jego historia sięga 1719 r. W tym właśnie roku Bazyli papiernik (szlachcic, który dzierżawił supraską papiernię), po przemyciu oczu wodą z wypływającego tu źródełka, odzyskał wzrok. W akcie wdzięczności wybudował drewnianą kapliczkę, w której umieszczono obraz Matki Boskiej Bolesnej. Wkrótce też do obrazu zaczęli ściągać pielgrzymi, którzy wypraszali tu różnorodne łaski. Liczne zawieruchy dziejowe związane z wojnami, likwidacją unii, restrykcjami władz komunistycznych doprowadziły do upadku sanktuarium. Dopiero od 1996 r. nastąpił dynamiczny rozwój tego miejsca i odnowienie kultu. Powstała Góra Krzyży, na której przybywający pielgrzymi pozostawiają większe i mniejsze krzyże. To właśnie one sprawiły, że w ten mroźny styczniowy dzień byłam świadkiem niezwykłego koncertu.

Wiatr, który cały dzień dawał się we znaki, tutaj dał niezwykły koncert. Tysiące drewnianych krzyży częściowo przysypanych śniegiem, trącane przez podmuchy wiatru wydawały niesamowity dźwięk. I choć byłam w tym miejscu jeszcze wielokrotnie o różnych porach roku, to tylko wtedy w ten zimowy dzień usłyszałam jak krzyże mówią.

 

Ciąg dalszy w kolejnym wpisie…

0 Komentarze

Skomentuj artykuł