O nieszczęśliwej miłości, wielkich robalach i Końcu Świata

Co ciekawego w Wielkopolsce na weekend? Koniec Świata

Korzystając z zimy za oknem, przywołuję wspomnienia z kilku wypraw w południowe zakamarki Wielkopolski. I znów tak jak lubię. Obok atrakcji z pierwszych stron przewodników perełki na wioskach, gdzie kończy się droga.

Trasę, którą proponuję pokonałam wielokrotnie w różnych kierunkach, i zdjęciami z różnych pór roku ją zilustruję.

Zapraszam więc na wycieczkę pełną niezwykłych historii!

Antonin czyli historia nieszczęśliwej miłości

Na pierwszy ogień bierzemy Antonin z drewnianym pałacem książąt Radziwiłłów. Pięknie tu o każdej porze roku. Często robimy sobie w pałacu przerwę na kawę i pyszną szarlotkę, siadamy na tarasie z widokiem na park i jest nam dobrze :). Przypominamy sobie nieszczęśliwą miłość Fryderyka Wilhelma i Elizy – książęcej córki. Jak widać, nie zawsze miłość i publiczny interes idą w parze. O historii tej miłości można przeczytać tutaj.

Jest tu też sala poświęconą pamięci Fryderyka Chopina, który jako młody człowiek kilka razy zawitał do Antonina. Wspólne muzykowanie z gospodarzem, polowania, doskonała atmosfera sprawiły, że czuł się tu jak w domu. Do dziś kultywuje się  tu pamięć o wielkim kompozytorze, organizując co roku we wrześniu Międzynarodowy Festiwal Chopin w barwach jesieni z udziałem uznanych artystów zarówno z kraju jak i zza granicy.

Kaplica w Antoninie, po drugiej stronie drogi jest otwarta w czasie nabożeństw, albo w sobotę od rana, jak panie sprzątają wnętrze. O innej porze lepiej wybrać się na szybki spacer do antonińskich dębów. Po rogalińskich to drugie co do wielkości skupisko tak wiekowych dębów w Polsce. I podobnie jak w Rogalinie, również tutaj dęby toczy będący pod ochroną chrząszcz z rodziny kózkowatych – kozioróg dębosz. Dorosły osobnik należy do największych chrząszczy w Polsce, ale to nie on zjada dęby.

A to ciekawe!

Prawdziwym niszczycielem dębów jest larwa kozioroga, która żeruje w drzewie 3-5 lat, osiągając ostatecznie długość do 10 cm.

To naprawdę potężny robal! A dorosły chrząszcz żyje ok. 3 miesięcy i po złożeniu jaj ginie. Oglądamy drzewa, które zostały zasiedlone przez larwy kozioroga. Z ich wnętrza wysypuje się wielka sterta próchna. Dęby są bez szans.

Kotłów z romańskim kościołem i … prokatedrą

Dalej jedziemy kilkanaście kilometrów do Kotłowa. Od Mikstatu droga pnie się pod górę, aż do samego kościoła. I niech ktoś spróbuje powiedzieć, że Wielkopolska to równinna kraina! Z Kotłowskiego wzgórza roztacza się widok na dolinę Prosny i Baryczy daleko, daleko. Tutaj rozumiemy, dlaczego akurat na tym wzgórzu wybudowano kościół. Trudno o lepszy punkt widokowy w okolicy.

Kościół w Kotłowie to jedna z kilku romańskich świątyń, jakie zachowały się w naszym regionie. Jest to również jeden z 77 kościołów, jakie miał ufundować Piotr Włostowic (XI/XII w.) jako zadośćuczynienie za popełnione czyny. Trudno dzisiaj dojść jak było naprawdę. Pewne jest natomiast, że w 1203 r. kościół już stał. W niezmienionej postaci przetrwał do XVII w., kiedy dobudowano doń wieżę z cegły i kamienia. Wymieniono ją potem na nową, barokową, niszcząc przy okazji romański portal. Kiedy pod koniec XIX w. kościół był już zbyt mały dla rozległej parafii, dokonano przebudowy, w wyniku której świątynia otrzymała plan krzyża. Do dzisiaj zachowały się romańskie mury oraz detale kamieniarskie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz kościoła.

W ołtarzu głównym znajduje się otoczony kultem obraz Matki Boskiej Kotłowskiej, adorowanej przez świętych Wojciecha i Stanisława. Istnieje koncepcja, że widoczny na obrazie niewielki kościółek, to świątynia w Piotrawinie nad Wisłą, gdzie św. Stanisław miał wskrzesić zmarłego rycerza. Ale to opowieść na inną okazję.

Wokół kościoła rozciąga się cmentarz, na którym do XIX w. każda wieś miała swoją oddzielną kwaterę, gdzie chowano ich zmarłych. Tutaj też była pochowana mieszkająca w Strzyżewie matka chrzestna Fryderyka Chopina Anna ze Skarbków Wiesiołowska.

Kiedy stoimy na wzgórzu i obchodzimy kościół dookoła wzrok zatrzymuje się na jeszcze jednej, nowoczesnej świątyni. Postanawiamy zajrzeć również tam.

Historia tego miejsca jest bolesną raną, która ciągle jeszcze się nie zabliźniła. W latach 70 XX w. doszło do rozłamu w parafii, na skutek czego połowa mieszkańców pozostała przy kościele na wzgórzu, a druga połowa przeszła do kościoła polsko-katolickiego. Ponieważ ks. Koralewski, za sprawą którego doszło do rozłamu otrzymał godność biskupa, dlatego kościół w Kotłowie został podniesiony do rangi prokatedry. I choć ks. Koralewski zmarł w 2002 r., to ciągle jeszcze żywe są konflikty i antagonizmy pomiędzy sąsiadami i członkami rodzin na tle religijnym.

Mikstat, gdzie „boża męka” i niezwykły odpust

Wracamy do Mikstatu tą samą drogą, wjeżdżając prosto na kościół parafialny. Na wprost drogi, tuż przy płocie zwraca uwagę niezwykły, rzeźbiony drewniany krzyż. Nie możemy go nie zobaczyć. Parkujemy na rynku i już po chwili trwamy w zachwycie nad tym snycerskim dziełem.

Krzyż w Mikstacie, podobnie jak kilkanaście innych w regionie jest dziełem XIX-wiecznego ludowego artysty Pawła Brylińskiego. Ten niepiśmienny rzeźbiarz w czasie swojego długiego życia pozostawił kilkadziesiąt krzyży, słupów i kapliczek o wielkiej wartości artystycznej. Do czasów współczesnych pozostało kilkanaście. Inne padły ofiarą hitlerowskiego najeźdźcy lub czasu, który drewnianej rzeźbie nie służy. Dzisiaj przed nami w planie jeszcze jeden krzyż w Kani, więc ruszamy w dalszą drogę.

Zatrzymujemy się jeszcze na mikstackim cmentarzu (ale cmentarnie nam się zrobiło!). Tutaj znajduje się drewniany kościół – sanktuarium św. Rocha.

Kiedy w 1788 r. przystąpiono do budowy kościoła, miasto zmagało się dziesiątkującymi je zarazami i innymi klęskami. Doskonałym antidotum na te problemy wydawał się popularny w tamtym okresie św. Roch. Wkrótce okazało się, że święty wysłuchuje nie tylko próśb o uzdrowienie, ale pomaga w przeróżnych sytuacjach życiowych i z biegiem czasu umieszczony w ołtarzu obraz otoczono kultem, a cmentarny kościółek na wzgórzu zyskał rangę sanktuarium.

Do dzisiaj kult tego świętego jest w Mikstacie bardzo żywy. Odpust ku jego czci, przypadający 16 sierpnia jest największym świętem w okolicy. Połączony z uroczyście obchodzonym dzień wcześniej świętem Wniebowzięcia NMP gromadzi wokół kościoła rzesze wiernych. Kulminacja obchodów przypada jednak na 16 sierpnia. Tego dnia przechodzi tu procesja wiernych, prowadzących do poświęcenia … zwierzęta gospodarskie. To znaczy w minionych latach były to wyłącznie zwierzęta gospodarskie, a dzisiaj wydaje się, że w procesji dominują domowe zwierzaki. Są więc kotki, pieski, chomiki, świnki morskie, kanarki itd. Jeśli gospodarz prowadzi krowy czy konie, to te są pięknie wystrojone i udekorowane. Ten obyczaj w ostatnich latach robi się coraz bardziej popularny i oprócz miejscowych wiernych przyciąga również rzesze turystów.

I w Mikstacie jeszcze jedna ciekawostka. Ponieważ odpust św. Rocha przyciąga rzesze wiernych, potrzebujących posługi spowiedników, potrzebna jest też większa ilość konfesjonałów. Te, które stoją w świątyni nie zawsze wystarczają. A ponieważ przestrzeń wokół kościoła jest objęta ochroną konserwatorską i nie wolno tam wybudować nic trwałego, co zakłócałoby istniejący zabytkowy układ przestrzenny, skonstruowano… konfesjonał na kółkach 🙂

Wyjeżdżamy z Mikstatu. Żegnają nas tablice z herbem miasta, na którym widnieje lilijka na czerwonym tle. Ponieważ w herbie stolicy Francji też jest lilijka, Mikstat jest żartobliwie nazywany małym Paryżem. Bardzo małym 😉

Zostawiamy to małe, sympatyczne miasteczko i udajemy się do Kani, w poszukiwaniu największego z krzyży Pawła Brylińskiego. Po drodze mijamy Grabów nad Prosną, gdzie przy miejscowym kościele do niedawna stał jeden z krzyży tego artysty. Niestety, a może na szczęście rzeźby zostały zdjęte, poddane konserwacji i przeniesione do kościoła. Tam z pewnością będą bezpieczne, jednak pozbawione naturalnej lokalizacji tracą swój urok. Poniżej archiwalne zdjęcie grabowskiego krzyża, z okresu, kiedy jeszcze był przystrojony w rzeźby. Teraz nie różni się niczym od tysięcy zwykłych, drewnianych krzyży….

Kania i jeszcze jedna „boża męka”. Ale jaka!

Nie zatrzymujemy się więc w Grabowie i jedziemy prosto do Kani. Ostatni odcinek drogi pokonujemy szosą na szerokość samochodu. Kiedy jedzie coś z naprzeciwka musimy zjechać na pobocze. Z mapy wynika, że krzyż będzie na lewo od skrzyżowania. Moment zawahania i jest! Piękny i monumentalny!

Jako jedyny spośród krzyży Brylińskiego, wyrzeźbiony w jednym kawałku żywego drzewa, stał na początku na skraju lasu. Ponieważ ptaki i wiewiórki zaczęły go niszczyć budując w drzewie swoje domki, przeniesiono go do wsi. Krzyż jest wyjątkowy. Od dołu do samego szczytu z trzech stron pokrywają go rzeźby. Niewiele brakowało, a podzieliłby los wielu innych krzyży w czasie II wojny światowej, ale jak utrzymują mieszkańcy, w cudowny sposób został uratowany. Od pozostałych krzyży różni się jeszcze tym, że ten jeden ma naturalną barwę drewna, a figury nie są malowane.

Więcej o Pawle Brylińskim i jego krzyżach przeczytasz w oddzielnym wpisie.

Ala ma kota w Kuźnicy Grabowskiej

Wyjeżdżamy z Kani tą samą, wąską drogą i kierujemy się dalej do Kuźnicy Grabowskiej. Tutaj w dawnym dworku mieści się Muzeum Oświaty im. prof. Falskiego. Dworek należał do rodziny Oxnerów, w którą wżenił się przyszły profesor. To on był autorem najbardziej popularnego elementarza, na którym uczyło się czytać wiele pokoleń Polaków.

Umówiliśmy się telefonicznie, że przyjedziemy, toteż muzeum zastajemy otwarte. W pierwszej sali zaaranżowana klasa lekcyjna z lat 50/60 XX w. Drewniane ławki z kałamarzami, na ścianie fartuszki szkolne, tornister, katedra nauczyciela, pomoce naukowe. Na półce stosik czasopism, które pamiętam z dzieciństwa: „Miś” „Świerszczyk” „Płomyczek”. Biorę do ręki i przeglądam pożółkłe egzemplarze. Niektóre z nich dużo starsze ode mnie. Myślę, że dla wielu osób wizyta w tym muzeum to podróż w krainę dzieciństwa.

Dworek Oxnerów to nie tylko muzeum. Okazuje się, że można tu również wynająć pokój i przyjechać po prostu odpocząć z dala od miejskiego zgiełku, wśród potężnych drzew opatrzonych tabliczką „Pomnik przyrody”.

Koniec Świata! Tu kończy się droga 🙂

Żegnamy się z przemiłą panią – opiekunką muzeum, która daje nam jeszcze wskazówki jak dojechać do kolejnego punktu na naszej trasie. Będą przydatne, bo teraz wybieramy się na Koniec Świata (!). Wskazówki są precyzyjne, zgodne z tym co wskazuje nawigacja i drogowskazy przy jezdni. Ostatni fragment drogi pokonujemy już polną drogą. Na skraju lasu stoi tablica z nazwą miejscowości. Widać, że tu jest prawdziwy koniec świata. Dwa domy i wiata, dumnie opisana Chata na końcu świata 🙂

Ołobok. Tu kiedyś był klasztor

Nie możemy odpuścić sobie przyjemności fotografii pod tablicą i wracamy do cywilizacji. Przed nami ostatni punkt założonego na ten dzień programu. Jedziemy zobaczyć pocysterski kościół w Ołoboku. Posługując się nawigacją, warto zwrócić uwagę do którego kościoła chcemy dotrzeć, ponieważ w Ołoboku są dwa, oba pod wezwaniem św. Jana. Tyle, że pocysterski ma za patrona św. Jana Ewangelistę, a mały drewniany, na drugim końcu wsi św. Jana Chrzciciela. My skręcamy w prawo i wkrótce docieramy pod biały kościół o ciekawej sylwetce. Umówiliśmy się wcześniej na przyjazd, więc i tu udaje nam się wejść do środka. Wyjątkowe, rokokowe wnętrze, w którym na każdym kroku widać pozostałości klasztornej przeszłości świątyni. O losach ołobockich cysterek możecie przeczytać tutaj. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze 150 lat temu w tym miejscu stał jeden z najpotężniejszych żeńskich klasztorów w Rzeczpospolitej. Dziś jedynie biały kościółek jest świadkiem dawnej świetności.

Korzystając ze sprzyjającej aury postanawiamy zatrzymać się jeszcze przy drugim kościółku na skraju wsi. Pełni dzisiaj funkcję kaplicy cmentarnej (który to już dzisiaj cmentarz zaliczamy?). Nie wiadomo dokładnie gdzie, ale na tym cmentarzu pochowano Pawła Brylińskiego, którego dzieła mogliśmy dzisiaj oglądać.

Wyjeżdżając z Ołoboku robimy żelazne postanowienie, że przyjedziemy na kolejną wyprawę tylko śladami Pawła Brylińskiego.

 

6 Komentarze
  • hegemon

    Odpowiedz

    Są to takie miejsca, które i ja lubię znajdować. W Antoninie byłem dość dawno i miałem bardzo mało czasu. O dębach nie słyszałem. W Grabowie i w Ołoboku byłem dwa lata temu podczas spływu na Prośnie. Muszę koniecznie wrócić te okolice i zobaczyć Koniec Świata 🙂

    • Aleksandra Warczyńska

      To bardzo ładna okolica i nawet jadąc kolejny raz, zawsze znajdzie się coś ciekawego 🙂 A Koniec Świata… cóż, jest atrakcją samą w sobie 🙂

  • Grainne

    Odpowiedz

    Ten krzyż w Grabowie to wg mnie zniszczono. Był przepiękny, a rzeźby robiły wrażenie tylko na nim.

    • Aleksandra Warczyńska

      Kilka dni po zniknięciu rzeźb rozmawiałam z miejscowym proboszczem i wyjaśnił, że zostały zdjęte i oddane do konserwacji. Jakiś czas później byłam w kościele i faktycznie wisiały wewnątrz. Podobnie było z krzyżem na cmentarzu w Droszewie. Jeszcze zdążyłam go sfotografować, a rok później rzeźby wisiały w kościele. Tam na pewno są bezpieczne, ale klimat zniknął bezpowrotnie 🙁

  • P

    Odpowiedz

    Dziś są wielkie możliwości techniczne i gdyby oryginały nawet wisiały w kościele, a na krzyżu dodano wierne kopie to wilk byłby syty i owca cała 😉 … znaczy się konserwatorzy zabytków byliby zadowoleni i krzyż wyglądałby znacznie lepiej 🙂

    • Aleksandra Warczyńska

      Zgadza się, to rozwiązanie idealne 🙂 Na które niestety najczęściej brakuje środków 🙁

Skomentuj artykuł