Nad Wartą i Prosną śladami niewidzialnej granicy

Gdyby spojrzeć na Wielkopolskę w okolicach Warty i Prosny, od Pyzdr po Kalisz, uderzyłoby niezwykłe zróżnicowanie krajobrazu. Tak jakby ziemię podzieliła niewidoczna linia. Po jej prawej stronie zobaczylibyśmy mocno podzielone pola na małe, poszatkowane, wielobarwne niwy. Po lewej zaś stronie duże, dostatnie pola z jednorodnymi uprawami. I podział ten nie jest wytworem wyobraźni, ale dziełem zaszłości historycznych, których początku należy szukać w postanowieniach Kongresu Wiedeńskiego z 1815 r.

Podzielono wtedy Europę wytyczając nowy przebieg jej granic. Jedna z najdłuższych oddzielała Niemcy od Rosji na przestrzeni 1113 km. Dwustukilometrowy odcinek podzielił przy okazji Wielkopolskę, wyciskając na długie lata piętno charakterystyczne dla każdego z zaborców. I choć dziś mija ponad sto lat od czasu zlikwidowania granicy, to owo piętno jest czytelne do dnia dzisiejszego. Granicę wytyczono bez sentymentów. Jej ofiarą padło min. Samarzewo – największa wieś w regionie, której jedna część dostała się do zaboru rosyjskiego, a druga do zaboru pruskiego. Ta druga zmieniła też nazwę na Szamarzewo, bo taką nazwę łatwiej wymawiało się po niemiecku. Podział ten istnieje do dzisiaj. Dwie wsie, do dziś oddzielone granicą… powiatów.

Przejścia graniczne

Dla przypomnienia tamtych czasów i realiów życia przy granicy, w kilku miejscach ustawiono tablice informacyjne oraz zrekonstruowane przejścia graniczne. Można je zobaczyć w Borzykowie, Skalmierzycach i Strzałkowie. Znajdowały się tam główne drogi, którymi można było oficjalnie przekroczyć granicę. Oczywistym jest, że sieć ówczesnych dróg daleka była od doskonałości i władze zaborcze nie były zainteresowane rozbudową połączeń z sąsiednim mocarstwem dla wygody podróżnych. Drogi rozbudowywano, ale w takich kierunkach aby zintegrować poszczególne regiony w obrębie danego państwa. Problemem było również przekroczenie granicy koleją, dopiero w 1906 r. oddano do użytku kolejowe przejście graniczne na trasie Ostrów –Kalisz. Ale mimo tego nadal nie można było się dostać bezpośrednio z Poznania do Warszawy. Linia z Poznania kończyła się w… Strzałkowie.

Borzykowo, przejście graniczne, wycieczki po wielkoplsce

Potrzeba matką wynalazku 😉

Pokonywanie granicy wiązało się również z szeregiem przeszkód administracyjnych. Niezwykle długotrwałe i kosztowne było otrzymanie rosyjskiego paszportu. Sprawę niekiedy ułatwiały łapówki, ale to z kolei znacznie podnosiło koszty podróżowania, które i bez tego były bardzo wysokie.
Nie wszyscy oczywiście korzystali z oficjalnych form przekraczania granicy. Często przekraczano ją nielegalnie przemycając najróżniejsze produkty począwszy od artykułów codziennego użytku, przez towary przeznaczone na handel, a na broni i zakazanej literaturze skończywszy. Warto zaznaczyć, że przemytu literatury, pieniędzy i dokumentów podejmowało się wiele kobiet. Wykorzystywały ówczesną etykietę i modę jednocześnie. Szerokie spódnice potrafiły skryć niejedną paczkę, a żaden mężczyzna nie odważyłby się zajrzeć damie pod spódnicę 🙂

Zaistniałą sytuację doskonale potrafiła wykorzystać miejscowa ludność, stosując się do wydanych przepisów oraz istniejących w nich luk prawnych. Przenoszono więc przez granicę w małych, dozwolonych porcjach mięso, masło, jajka czy artykuły przemysłowe (jakże nam to znane! Przecież to nic innego, jak współczesne „mrówki”). Ziemniaki do gorzelni taniej można było kupić w Kongresówce, w drugą stronę transportowano drewno czy sól. Najwięcej emocji jednak budził handel drobiem i bydłem. Znane są przypadki, kiedy bandy przemytników napadały na posterunek policji, aby odbić zarekwirowane stado krów 🙂

Pyzdry, muzeum, granica, wycieczki po wielkopolsce

Słup graniczny w Muzeum Regionalnym w Pyzdrach

Gąski, gąski do domu…

W okolicach Ślesina i Skulska niezwykle popularny był handel drobiem. Skupowano tu gęsi z miejsc oddalonych nawet o 100 km, a następnie zorganizowane w duże stada pędzono na drugą stronę granicy. Nierzadko dochodziło do humorystycznych sytuacji, kiedy sprzedane gęsi wracały do swojego gospodarza 🙂

A to ciekawe!
Do legendy przeszło „podkuwanie gęsi”. Mówi się, że przed wyruszeniem w długą drogę gąski przepędzano przez rozgrzaną smołę, a następnie przez drobny żwirek, który oklejał łapki, czyniąc je bardziej odpornymi na trudy podróży.

Czy tak było naprawdę? Tego nie wiadomo. Są do dziś zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy tej historii. Ale przyznać trzeba jest ona barwna 🙂

Na rynku w Ślesinie postawiono pomnik przedstawiający agaciarza z agatką pod pachą (agatkami zwano gęsi w miejscowej gwarze :)) i dziwnym patykiem w drugiej ręce. Patyk ten zakończony haczykiem nie jest tu przypadkowy. Kiedy pasterz gęsi zauważył, że któraś z podopiecznych kuleje czy w inny sposób niedomaga, przy pomocy takiego przyrządu odławiał ją ze stada, nie płosząc pozostałych gęsi, i przekładał ją na wóz, gdzie odbywała resztę podróży.

A to ciekawe!
O tym jak wielkim źródłem dochodów dla miejscowej ludności był przemyt i handel przygraniczny świadczy anegdota dotycząca ówczesnego burmistrza Pyzdr. Miał on ponoć na wieść o odzyskaniu przez Polskę niepodległości powiedzieć, że wolna Polska niech sobie będzie, byle granica pozostała u nas 🙂

Ślesin, agaciarz, wycieczki po wielkopolsce

Piętno pozostało

Z chwilą odzyskania niepodległości granica w postaci szlabanów zniknęła, ale piętno, jakie odcisnęła na terenach przygranicznych, pozostało do dnia dzisiejszego.
W mowie
Osobę spoza regionu mogą zdziwić pozornie zabawne określenia sąsiadów zza miedzy, funkcjonujące w bezpośrednim sąsiedztwie dawnej granicy. Bo przecież bażanty, bose Antki czy chadziaje brzmi zabawnie. Okazuje się, że nie dla wszystkich. Mieszkańcy wiosek po pruskiej stronie chodzili ubrani bardziej strojnie, dostatnio, nosili buty. Stąd ci ze wschodu mówili o sąsiadach nieco pogardliwie, ale i z nutą pożądliwości – bażanty. Sami bez butów, biedniejsi byli nazywani bosymi Antkami czy chadziajami i to też nie było zabawne. Tego rodzaju określenia do dzisiaj można usłyszeć u miejscowej ludności, choć przed obcymi się raczej nie obnażają z takimi określeniami. Również do dziś popularnym określeniem mieszkańców po wschodniej stronie granicy jest łańcuchowiacy, albo ci z łańcuchowa. Skojarzenie jest proste – przejście graniczne oddzielał żelazny łańcuch przewieszony w poprzek drogi. Zatem np. ci ze Strzałkowa czy Konina to łańcuchy czy łańcuchowiacy.

W obyczajach
Niewidoczna granica to również szereg zachowań społecznych. Ci z pruskiej strony uchodzą za bardziej wyrachowanych, wręcz skąpych (jako rodzona poznanianka wolę określenie – gospodarni ;)). Po rosyjskiej stronie pozostało zamiłowanie do zabawy i „goszczenia się”. Ciągle jeszcze są tu większe wesela, uroczystości obficiej zakrapiane, na uroczystościach i spotkaniach rodzinnych chętniej się śpiewa. Jest tu jakby więcej życzliwości i otwartości.
Jeden ze znajomych z pogranicza twierdzi, że ci, którzy pochodzą z pruskiej strony karnie stoją w kolejce do sklepu czy urzędu, ci zaś ze wschodniej strony częściej kombinują jak kolejkę ominąć 🙂

W krajobrazie
Przemierzając okolice między Pyzdrami a Kaliszem po obu stronach granicy przyglądałam się miejscowemu krajobrazowi i śladom, jakie pozostały po dawnej granicy. Gdyby przyjrzeć się architekturze zarówno budowli państwowych (szkoły, urzędy) jak i prywatnych do dzisiaj czytelne są różnice. Po pruskiej stronie okazałe, często piętrowe gmachy, po rosyjskiej niskie, parterowe budynki. W miastach charakterystyczne, urokliwe balkoniki. Na wioskach jeszcze do lat 70 ubiegłego wieku powszechne było budownictwo drewniane, nierzadko kryte strzechą.
Miejscem, które gromadzi ciekawe pamiątki z tamtych czasów jest Muzeum Regionalne w Pyzdrach. Zobaczycie tam min. fragment drzewa z zabliźnionymi ranami po walkach w czasie Powstania Styczniowego 1831 r. Zobaczycie też kości mamutów i nosorożców włochatych oraz… tabliczkę reklamującą specjalistę w dziedzinie … oglądacz zwłok 🙂 🙂 🙂

W Choczu w dwóch miejscach trafiłam na dawne słupy graniczne. Jeden z nich służy do dziś jako … słupek w płocie :). Z drugiego ponad ziemię wystaje tylko niewielki fragment, bo został zasypany w czasie budowy wałów powodziowych wzdłuż Prosny. Nad Wartą w okolicach Samarzewa nieoczekiwanie również znalazł się słupek graniczny. Na przejściu w Borzykowie zachował się oryginalny kamień graniczny.

Samarzewo, granica, wycieczki po wielkopolsce

Słup graniczny nad Wartą w okolicach Samarzewa

A to z pewnością nie wszystkie pamiątki po niewidzialnej granicy. Może Wam uda się odnaleźć jeszcze inne miejsca?

 

0 Komentarze

Skomentuj artykuł